Płonący Sąd w Olsztynie (1/6) – Spacer na Dzień Przewodnika 2026
Posłuchaj jak o pożarze sądu opowiadam w Radiu Olsztyn
O tych najbardziej nieprawdopodobnych, a zarazem kuriozalnych historiach związanych z olsztyńskim sądem – od prowizorycznego hotelu i grzałek w słoikach, po zamarznięte hydranty i łamiącą się w pół strażacką drabinę – miałam również okazję opowiadać na antenie Radia Olsztyn, goszcząc w audycji "Odkryj Warmię i Mazury".
Mroźny i ognisty styczeń 1976
Przenieśmy się do mroźnego stycznia 1976 roku w Olsztynie. To właśnie wtedy wybuchł pożar, który obnażył całą serię absurdów rodem z najczarniejszych komedii o czasach PRL-u. W dzisiejszym wpisie opowiem Wam prawdziwą, choć momentami zupełnie niewiarygodną historię.
Instalacja elektryczna na "słowo honoru"
Aby doprowadzić zasilanie do prowizorycznych pokoi gościnnych, wezwano najtańszych fachowców, którzy ułożyli kable elektryczne bezpośrednio na drewnianych belkach. Co gorsza, nieszczelności i zwisające kable upchano lnianymi pakułami oraz starymi gazetami.
Konserwator sądu wielokrotnie zgłaszał, że instalacja jest w tragicznym stanie i w ramach prewencji rekwirował lokatorom urządzenia grzewcze, przez co nikt go nie lubił. Zdając sobie sprawę z nieuchronnej katastrofy, konserwator złożył wypowiedzenie i odszedł z końcem 1975 roku, a sąd do czasu pożaru nie zatrudnił nikogo na jego miejsce.
Wybuch pożaru i dramatyczna akcja gaśnicza
Prawdopodobnie z powodu przeskoku iskry ze źle zabezpieczonych kabli zapaliły się pakuły i gazety, a następnie belka stropowa. Rozrywkowi lokatorzy nie zauważyli zagrożenia, a gęsty dym przy kominie dostrzegli dopiero w niedzielę o 8:30 rano strażnicy pobliskiego więzienia.
Przybyła na miejsce straż pożarna miała ogromne problemy z rozpoczęciem akcji: sądowe hydranty wewnętrzne były zakręcone (i nikt nie potrafił ich odkręcić), a te na zewnątrz były zamarznięte. W efekcie strażacy musieli ciągnąć węże kilkaset metrów pod górkę, aż do mostu przy ulicy Knosały, by pompować wodę bezpośrednio z rzeki Łyny
Łamiąca się drabina radzieckiej produkcji
Walka z żywiołem obfitowała w chwile grozy. Do gaszenia płonącego poddasza z góry sprowadzono jedyną dostępną drabinę z koszem, która – jak we wspomnieniach odnotował jeden z emerytowanych strażaków – była radziecką podróbką sprzętu niemieckiego. W trakcie działań gaśniczych drabina nie wytrzymała obciążenia i zaczęła się łamać. Przed pewną śmiercią uratował strażaka szczęśliwy zbieg okoliczności: spadający kosz oparł się o kant płonącego dachu, co pozwoliło mu zeskoczyć na mur i bezpiecznie się ewakuować.
Ratowanie akt i milicyjna cenzura
Chaosowi pożaru towarzyszyła absurdalna organizacja miejsca zdarzenia. Zamiast odgrodzić niebezpieczny teren, Milicja Obywatelska skupiła się na przeganianiu gapiów i cenzurowaniu prób uwiecznienia katastrofy, rekwirując m.in. kliszę z aparatu znanego przewodnika Mariana Juraka.
Podczas gdy strażacy walczyli z ogniem, w płonącym budynku swobodnie kręcili się urzędnicy wynoszący akta sądowe. Paradoksalnie, już następnego dnia sprawy toczyły się normalnie w zastępczym budynku przy ulicy 1 Maja. Dochodzenie ostatecznie umorzono, zadowalając się wykluczeniem celowego podpalenia, a winnych skandalicznych zaniedbań nigdy nie ukarano.
Błyskawiczna decyzja partii i oszpecenie zabytku
Kolejnym kuriozum tego wydarzenia było tempo działania władz komunistycznych. Z akt udostępnionych przez IPN wynika, że chociaż pożar zauważono o 8:30, już o 11:30 (gdy budynek jeszcze płonął) zebrany aktyw partyjny podjął oficjalną decyzję o jego odbudowie. Niestety, decyzja ta przyniosła architektoniczną szkodę.
Ocalałą, piękną fasadę z czerwonej cegły licowej postanowiono otynkować betonem. Ponieważ tynk nie chciał trzymać się gładkiej powierzchni, robotnicy bezlitośnie obijali zabytkową cegłę młoteczkami. W efekcie tych prac miasto bezpowrotnie straciło urokliwy gmach, który odbudowano w bezkształtnym, betonowym stylu.